„Wspomnienie linii 103 -artykuł”

(Artykuł pisany w trakcie objazdu „osiołkiem po Małopolsce Zachodniej Maj 2007)

W taką podróż trzeba jechać z dobrym przewodnikiem. Najlepiej z grupą miłośników kolei, po nieużywanych torowiskach. Przez środek leniwej soboty.

Ludzie hodują teraz różne pasje, oglądają ptaki, kolekcjonują zużyte karty telefoniczne albo koła od bryczek, ale miłośnik kolei to istota zupełnie innego chowu: ma w sobie coś z romantycznych postaci Grabińskiego, wybiera za obiekt westchnień formy wielkie, nieporadne jak dinozaury, narażone na korozję i olbrzymie siły tarcia, akceptuje smar, brud, nieunikniony brak higieny. Zapach rozgrzanych podkładów kolejowych jest mu milszy niż woń kwitnącej lipy, zgrzyt żelaza przedzierającego się przez zwrotnice to najpiękniejsza muzyka. Jest w tej obserwacji pomieszanie chłopięcej tęsknoty za czapką konduktora z gruntowną wiedzą na temat typologii parowozów, rozstawu torów, rodzajów sieci trakcyjnej i podkładów pod szyny. Jest też pewnie głęboko skrywane poczucie, że lokomotywy nie należą wyłącznie do świata techniki, że mają w sobie pierwiastek życia.

Najważniejsze: prawdziwy miłośnik kolei ma w głowie mapę alternatywnego świata. Zamiast zwykłej topografii za oknem pociągu znajduje drzwi do rzeczywistości ukrytej bądź takiej, która dawno zniknęła. Widzi inaczej. Tu odchodziła trasa do Tenczynka, tamtym mostkiem jeździła wąskotorówka. Tą przecinką w lesie pociąg sunął do kamieniołomu.

I jeżeli tylko ma siłę oderwać na chwilę rozmiłowany wzrok od detali szynobusu SA 121, który toczy się po nieużywanych szlakach pogranicza Małopolski i Śląska, to z pewnością podróżuje również przez mękę.

***

Są za Chrzanowem miejscowości, których próżno szukać w bedekerach. Bolęcin, Płaza. Nie trzeba wyjeżdżać za granicę, do biedniejszych sąsiadów albo w tereny zagrożone strukturalnym bezrobociem, by poczuć, jak smakuje prawdziwy rozpad. Kiedyś ? to ważne słowo w słowniku miłośników kolei, kiedyś, nie tak dawno nawet, jeździły tędy pospieszne z Zakopanego do Szczecina, kompletnie omijając Kraków. Dojeżdżały dzieciaki do szkoły w Chrzanowie, dojeżdżali górnicy do kopalń niedalekiego Zagłębia. Z Wadowic do Trzebini, z Trzebini choćby i na koniec świata. Kolej wyznaczała rytm doby. Jeszcze w 1993 r. zelektryfikowano odcinek wyłączony z ruchu rok później. Ta zbieżność daje dobry wgląd w ekonomię kolei.

Są wśród miłośników kolei kolekcjonerzy melancholii: twardzi faceci, górnicy, kolejarze, inżynierowie i specjaliści od ochrony banków, kompletni szaleńcy. Wybierają się w ostatnie kursy, jadą kawał drogi, żeby obejrzeć wycofany z użytku wagon albo patrzą na zapomniane bocznice, a w ich głowach żal walczy o lepsze z realizmem. I kiedy widzą parowozy rdzewiejące na bocznicach, nie wiedzą do końca, co wybrać: cyniczny chwyt faceta w rodzaju ?podniosą i na złom, jak w Olsztynie, sam widziałem przecież” czy też żal za mitycznym światem.

Zazwyczaj żal zwycięża.

Umówmy się: podaż, popyt, niewidzialna i twarda jak deska ręka rynku. Tak dalej być nie mogło. Ekonomia odarła Bolęcin i Płazę ze znaczenia. Okazało się, że wszystkie te pociągi, elektryfikacje, stacja kolejowa jeszcze sprzed wojny ? to humbug i popelina, pył, który zrzuca się z mapy jednym lekkim dmuchnięciem. Pozostają po nim kartonowe bilety w kajetach kolekcjonerów, gorycz i sieciowe rozkłady jazdy z czasów, kiedy w Bolęcinie zatrzymywało się osiem pociągów na dobę.

Pomiędzy Bolęcinem i Płazą nie przejedziemy. Na dawnej linii 103 nie ma już torów ani trakcji. Rozkradli złodzieje. Resztę demontażu wykona przyroda, bez pośpiechu odbierając to, co jej należne. Bujna samosiejka atakuje nasyp. Na podkładach gruba warstwa mchu, porozrzucane koszulki z oskórowanych kabli wyglądają z trawy. Słupy sieci trakcyjnej zniknęły pośród drzew. Zarośnięte krzakami tablice ostrzegawcze, ślady po bocznicy. Świat, który spokojnie powraca do punktu wyjścia. Blizna po torach zaskakująco łatwo zarasta. Jeszcze chwila i trudno będzie uwierzyć, że istniało tu jakieś życie.

***

I nie tylko bocznice. Również fabryki. Trudno, naprawdę trudno znaleźć pomiędzy Trzebinią i Oświęcimiem dowody na wzrost i dalszy dynamiczny rozwój. Nowych hal fabrycznych z lekkiej blachy falistej jeszcze nie widać. Jest tylko krajobraz niepotrzebny. Na pierwszym planie zapomniane grupy towarowe i bocznice, dalej architektura fabryczna, która również rozpada się w proch. Zamknięte kopalnie, porzucone wapienniki. Dobrze się wzdycha do dawnego industrialu, do przemysłu zamkniętego w cegle i szkle, ale zaawansowane technologie, nie wiedzieć czemu, nie garną się do takich przestrzeni. W halach fabrycznych tylko wiatr, na licu jednego z zakładów ostała się czerwona gwiazda. Zarośnięte tyły Fabloku, ruina starych hal zakładów ogniotrwałych, do Sierszy nie pojedziemy, bo Sierszy już nie ma. Oświęcimski hotel ?Glob” straszy z daleka brudnymi oknami. Szynobus wyje ze zmęczenia, tory błagają o remont, kierownik składu liczy, że chłodnica nie odpadnie. Ludzie w polach przerywają pracę albo wychodzą przed domy popatrzeć, przecież archeolodzy przyjechali. Do Płazy można dojechać od strony Chrzanowa i kilka razy do roku przeciera szlak pociąg towarowy, odbierający urobek z wapiennika. Kiedy szynobus wjeżdża po zardzewiałych bocznicach na stację, w oczach grupy mężczyzn konsumujących alkohole pod drewutnią nie pojawia się żaden blask. Tylko ironiczny uśmiech. Przecież wiadomo, że nic nie powraca, że to jedynie eksces grupki fanatyków. Tutaj wszystko zostało już powiedziane.

Jednak napisać, że upada wszystko, byłoby kłamstwem. Domy są przecież coraz ładniejsze, przestrzeń prywatna pnie się ku górze, patrzą na szynobus krasnale i bociany z gipsu, jest sobota i całkiem niebrzydkie samochody przysypiają na podjazdach ze świeżej kostki brukowej, lśnią nowe elewacje i blachodachówka odbija słońce. Mieszają się dwa światy: teraźniejszość w kolorze mocno cytrynowym i przeszłość w barwach rdzy i brudnej cegły. Nie wszystko się rozpada, jest tu jakiś wzrost, inne życie kiełkuje. Tamto życie, minione, w którym kolej była niewzruszonym elementem, nie wytrzymało próby ognia. Nie opłacało się, było zbyt energochłonne i w pewnym sensie luksusowe, bo luksusem jest pociąg, którym regularnie jeździ trzech pasażerów. Zbyt kosztowny fundament świata. Trzeba było z niego zrezygnować.

Skąd więc gorycz? I poczucie, że tracimy kawał przestrzeni, który warto byłoby zachować?

***

Taka podróż, leciwym szynobusem o pieszczotliwej nazwie ?Osiołek”, pozwala stworzyć katalog niepotrzebnych połączeń i stacji: linia 103, Alwernia, Okleśna, Miejsce, Regulice, Płaza, Bolęcin. Niektóre już bez nazw, rozsypują się i maleją, jakby topił je czas. Na peronach zieleń wzbiera pomiędzy płytkami chodnikowymi, jeszcze zbyt słaba, by rozkruszyć kamień. Normalne prawidła rozwoju. Czas minął, życie przyszło, życie odeszło. Skończyła się nieodwołalnie epoka zdarzeń ciężkich, nieporęcznych, mało zwrotnych i nieopłacalnych ekonomicznie. Właśnie można oglądać jej łagodny, pozbawiony dramatycznych gestów epilog. Można chwycić za żyletkę i anulować na mapach całe połacie nieprzydatne dla świata, w którym ceni się dynamikę, sprawność, szeroką drogę i gibkie auto, umiejętność błyskawicznych przenosin z miejsca na miejsce, fabrykę zbudowaną tak, żeby w razie groźby huraganu ekonomicznego można ją było zwinąć jak namiot i przenieść gdzie indziej.

Na zachód od Krakowa, w ciszy i spokoju, zarasta delikatną roślinnością tutejsze Imperium Majów.

autor: Michał Olszewski
Tygodnik Powszechny


Jedna myśl nt. „„Wspomnienie linii 103 -artykuł”


Dodaj komentarz